piątek, 8 marca 2013

Prolog

  Osiemnastowieczna Wenecja stała w bezruchu za czasową barierą czarodziejskich drzwi.
  Po licznych kanałach sunęły piękne gondole, przewożące kobiety w wytwornych sukniach i eleganckich dżentelmenów.
  Miasto było pełne ciemnych zaułków, ciasnych uliczek i alejek, a także licznych mostków przecinających zalane kanały Wenecji.
  Kamienice stojące na skraju kanałów, niemal pochylały się nad granatową tonią wody.
  Pewien elegancko ubrany jegomość, wysiadał z czarnej jak smoła gondoli i pośpiesznie szukał portfela  aby zapłacić należność gondolierowi. Po chwili podbiegła do niego wielce ucieszona młoda dziewczyna. Zwiesiła utęsknione dłonie na jego ramionach i objęła za szyję w geście wielkiej miłości, jaką najwyraźniej go darzyła. Złapali się za dłonie i spokojnym spacerkiem oddalili od gondoli i jej właściciela.
  W końcu była to Wenecja...  miasto romantyczności...
  W pięknej alejce na białym żwirze przechadzało się mnóstwo zakochanych par, które tylko czekały na chwilę nieuwagi starszych pań - które siedząc na ławce nie mogły oderwać swoich zmęczonych starością oczu od młodych kochanków, aby wykorzystać ten moment do subtelnego pocałunku.
  Na straganach targowych, sprzedawczynie miały wszystko.
  Jakaś skromnie wyglądająca kobieta przyodziana w szaroniebieską "suknię", kupowała świeżą rybę, być może na obiad dla rodziny u której odbywała służbę. Nie tylko służące robiły zakupy. Także panie z  biedniejszych rodzin, których nie było stać na wynajęcie ludzi do pomocy nabywały produkty potrzebne do wyżywienia rodziny.

   Było południe, godzina szczytu. Po ulicach miasta poruszały się tuziny ludzi i mnóstwo karoc, a także wozów. Przez kanały przepływało tyle gondoli, że powoli zbierały się kolejki do przepłynięcia pod mostkami i przez ciasne zakamarki.
  Krótko mówiąc, po prostu miasto ogarnął szał nagłej potrzeby wykonania różnego rodzaju rzeczy, które można było załatwić tylko i wyłącznie wychodząc z domu. Miasto było zakorkowane i sparaliżowane nawałem ludzi z całej Wenecji i okolic.

   Ale nie wszędzie tak było...
  W ogrodzie, przy dużym domostwie, na białej huśtawce siedziała młoda kobieta w śnieżnobiałej, koronkowej sukni. Na głowie miała kremowy kapelusz ze złotą gerberą. Jej wzrok skierowany był na grube tomiszcze z twardej okładce. Czytała niezwykle ciekawą, przygodową książkę.

W tamtym momencie nigdy nie przyszło by jej do głowy, że przeżyje coś takiego...